FANDOM


Światło przedostało się przez moje powieki i delikatnie otworzyłem oczy. Leżałem na trawie, obok mamy. Jej ciało unosiło się i opadało rytmicznie. Coraz wolniej przy każdym następnym oddechu.

Przysunąłem się do jej czerwonego ciała i wlazłem pod łapę. Było mi zimno. Przyjemne ciepło odeszło wraz z naszym odlotem. Skrzydła nadal piekły mnie, przez porwaną błonę.

Spojrzałem na łeb smoczycy. Wyglądała tak spokojnie, jakby spała. Patrzyła na mnie lekko przymrużonymi oczami, matczynym wzrokiem. Z jej oka poleciała stróżka wody. Płakała. Wtuliłem się mocniej i mruknąłem do niej. Zamknęła ślepia, ale nie mogła spać! To nie noc! Już świt, trzeba szukać taty!

Ryczałem nad jej uchem, podgryzałem i trącałem pyszczkiem. Nie reagowała, czasem tylko lekko podniosła powiekę. Odsunąłem się trochę i wtedy to zobaczyłem, a oczy mi zwilgotniały. Podłużne rozcięcie, rozchodzące się na brzuchu, najwrażliwszymi i na najmniej chronionym przed ostrzami miejscu.

Jej oddech słabł. Każde wytchnienie mogło być tym ostatnim. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że ją tracę. Powoli podszedłem do niej i ułożyłem przy jej pysku. Moje ciało było wielkości jej głowy.

Nie chciałem patrzeć jak umiera, więc rozglądałem się w około. Nie znałem tego miejsca, zawsze widziałem je z góry na przejażdżkach, ale nigdy w nim nie byłem. Jakieś wysokie zielone rzeczy unosiły się nade mną, pokryte czymś miękkim, też zielonym, ale ciemniejszym i takim wilgotnym. To było wszędzie, na drzewach na ziemi, było nawet miłe, przypominało puch. Razem z mamą leżałem na przestrzeni, której te duże cosie, które na górze były zielone, a na dole brązowe, albo czarne, nie przysłaniały. Widziałem też jedzenie, które mama czasem przynosiła. To się nazywało kwiaty. Niektóre były bardzo słodkie. Szczególnie te kolorowe. Niebo było błękitne, zupełnie inne niż nad wulkanem. Jasna kula u góry wysyłała promienie wprost do moich oczu. Tu było naprawdę ładnie, ale zimno.

Zauważyłem, że obok nas rośnie mój ulubiony przysmak. Ta roślinka z niebieskimi kwiatami. Najsłodsza ze wszystkich. Powoli stąpałem po miękkiej roślinie, aż dotarłem do kwiatów. Pachniały tak apetycznie. Nagle moja mama ryknęła. Nie znałem jeszcze dobrze jej mowy, nie wiem co mówiła, ale wiedziałem, że to nic dobrego. Coś złapało mnie boleśnie za ogon, aż zawyłem. Łzy napłynęły mi do oczu. Spojrzałem na stworzenie, które mnie trzyma.

Widziałem ich już kiedyś, gdy lataliśmy nad wioskami, nazywali się ludzie. Mama zawsze odlatywała od nich jak najdalej, teraz domyślałem się dlaczego. Patrzył na mnie chłopak. Ile mógł mieć lat? Na pewno więcej niż ja, w końcu miałem tylko 8 miesięcy. Widziałem, że jest potężny i umięśniony, ale nie tak jak tata. Miał ciemne ślepia, znacznie mniejsze niż moje i kolce na głowie o brązowym kolorze. Tyle że jego kolce były cienkie i było ich bardzo dużo, a gdy zawiał wiatr wyginały się, one nie były nawet twarde! Co to za kolce?! I do tego takie cienkie.

Chłopak przyglądał mi się z uwagą. A potem spojrzał za mnie i wyjął zza pasa coś długiego i ostrego. Światło wielkiej kuli odbiło się od tego przedmiotu i przez chwilę nic nie widziałem, jednak czułem, że on… to coś porusza się w kierunku mamy! O nie! Zostaw ją! Pomyślałem i ugryzłem nieznajomego w kończynę, którą mnie trzymał. Natychmiast mnie puścił, a ja boleśnie upadłem na ziemie. Szybko podbiegłem do mamy na czterech łapkach, stanąłem przed nią i ryknąłem na niego. Choć wytrenowałem mój odgłos, teraz przez tą mieszankę strachu, znowu przypominał piszczałkę.

Nieznajomy tylko się uśmiechnął i odepchnął mnie na bok. Poturlałem się po ziemi, aż uderzyłem grzbietem o drzewo. Patrzyłem co chce zrobić mamie. On uniósł na nad nią to coś ostrego i…

Nie mogłem dalej patrzeć, ryknąłem. Tym razem to nie był pisk. Zatrzęsły nie pobliskie krzaki i jedne z mniejszych drzew. Chłopak odwrócił się w moją stronę co najmniej zdziwiony. Czułem jak iskry i gaz w mojej paszczy zachęcają mnie do działania. Zionąłem na niego płomieniem. Nie dość wielkim, aby go spalić, ale dość dużym, aby zranić. Stanąłem naprzeciw niego i zacząłem warczeć.

On uniósł ostre coś i nagle do moich uszu dobiegł krzyk, a nozdrza wyczuły zapach świeżej krwi. Instynktownie odwróciłem się w tamtą stronę. Głos był wysoki łamał się. - Panie! – krzyczał ktoś zza puszczy. Spojrzałem na nieznajomego, tak samo jak on na mnie. W jego oczach widziałem groźbę następnego spotkania. Potem jego cień znikł w puszczy.

Historia Życia KaSZuBa

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki