FANDOM


Jeśli który znów powie, że zrzynam z Metra to strzelę Foch forewer na pięć minut >:(  

-Otto, a mógłbyś opowiedzieć skąd ta nazwa? - Zapytał się Miłosz - Bo to chyba jakaś ciekawa historia się za tym kryje?

-Jeśli kapitan pozwoli.

Reinhardt, idący na przodzie oddziału, odwrócił na chwilę głowę w ich kierunku, spojrzał w ich oczy swoim zwyczajowym ponurym wzrokiem i odwrócił się spowrotem. Na sekundę zamyślił się, po czym krzyknął.

-Zarządzam postój.

Wszyszcy szturmowcy, którzy przysłuchiwali się rozmowie Miłosza i Otta rozpromienili się jeszcza bardziej niż żołnierze, którzy tegoż nie słyszeli. Otto najpierw chciał usiąść na starym koksowniku, ale stwierdził, że składane krzesło które dał mu Zbigniew jest dużo lepsze. Natychmiast przed powstał przed nim półokrąg szturmiarzy, którzy rozsiadli się na ziemi. Najbliżej narratora usiedli ci którzy słyszeli jego rozmowę z Miłoszem. Kapitan, jak zwykle, stał gdzieś z boku, w oddaleniu od reszty.

-Dobra, słuchajcie uważnie, bo tak prawdziwej wersji nie usłyszycie nigdzie indziej, gdyż moje informacje pochodzą z pierwszej ręki. O tak! Działo się to zimy 79tego...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tylko upewnij się, że zmieniłeś zbiornik! - Zakrzyknął sierżant Mrozow. - Jest nam zimno, ale nie na tyle aby kąpać się w napalmie.

Leszek zarechotał - Gdziesz ja bym śmiał smażyć mego dowódce! Chociaż ty Przemir powinieneś się pilnować.

Przemir spojrzał na sierżanta. - Na jakiej podstawie ustaliliśmi, że to jemu damy miotacz?

-Na takiej, że to nam będzie cieplej. - Odburknął Mrozow. Dygotał coraz bardziej, a przez swój mały żarcik właśnie spowodował, że ta szopka (niemiłosiernie!) się dłużyła. Zdenerwowanie udzielało się równierz Wacławowi.

-Skończże gadać i ich podgrzej, bo sam czekam na swoją kolejkę.

-Dobra, już już.

Cała scena odgrywała się na posterunku umiejscowionym w jednym z spokojniejszych końców tuneli. Tunel znajdował się tuż pod powierzchnią, a jego koniec ustanawiała dziura w suficie, która prowadziła na, no właśnie, powierzchnię. Co prawda znajdowała się ona, pośrodku strefy nie podziemnych wpływów Rzeczpospolitej, ale przejścia do tuneli nigdy nie są pozostawiane niepilnowane. Z uwagi na nikłe potencjalne szanse na pojawienie się większego niebezpieczeństwa załogę posterunku stanowiły tylko 4 osoby. Sam posterunek znajdował się 42 metry od dziury i był górką siegającą 3/4 wysokości tunelu. Głównymi składnikami tej górki była spycharka i kości Opętanych. Od strony wyjścia na powierzchnię była bardzo stroma i naszpikowana palami. Żołnierze stacjonowali na jej szczycie tuż za sięgającą mostka osłoną z betonu.

Na powierzchwni szalała zima, od wejścia na powierzchnię ciągnął lodowaty wiatr. Na szczęście biedni wojacy byli pobłogosławieni plecakowym miotaczem płomieni. Od jakiegoś czasu napełniali butle na paliwo gazem i ogrzewali się nim. Cały proceder wyglądał następująco: dwóch z nich siadało tyłem do operatora miotacza (ci którzy próbowali ogrzać sobie dłonie i lica kończyli zazwyczaj z poparzeniami na nich). Żołnierz uzbrojony w miotacz stał około 2 metry od nich i kierował lufę w środek dzielącego ich dystansu tak aby ciepło "rykoszetowało" od podłoża, samemu się przy tym ogrzewając. Niestety jeden biedak musiał zawsze stać obok i wypatrywać coby ich nic nie zaskoczyło. Taka właśnie rzecz działa się na tymże posterunku.

-O jak dobrze. - Rzekł Przymir. - Ja chcę lato....

-Znając życie przeniosą nas wtedy gdzieś w głebiny. - Odpowiedział mu Mrozow

Metro-Last-light-Art.jpg

-Pan nawet tak nie żartuje.

-Ej, przestańcie! - Przekrzyczał syk płomieni Wacław.

Kiedy tylko ostatni ognik zgasł wszyscy wlepili w niego wzrok. Jego oczy natomiast były skupione na rzeczy którą mają pilnować. Bowiem z dziury w suficie tunelu, na linie, została opuszczona biała flaga. A w sumie to karabin z białą szmatą przywiązaną do lufy. Wszyscy żołnierze w skupieniu ją obserwowali. Po chwili na linie opuściła się jakaś humanoidalna postać. Lufy trzech karabinów elektrycznych i prądnicy były w nią wycelowane, bo nigdy nic nie wiadomo. Postać powoli odpieła pelerenę, którą nosiła na plecach i pokazała jej wewnętrzną stronę wojakom. Na tejże stronie widoczne były Sierp i Młot- symbol szabrowników.

Całe napięcie natychmiastowo znikło. Leszek pomachał przybyszowi. Ten mu odmachał po czym skierował swój wzrok w dziurę z której sam przed chwilą zeskoczył. Ktoś zaczął opuszczać wielgachną, przymocowaną podwieszoną na trzech linach skrzynię. Po chwili wylądowała ona okok przybysza, a z góry zjechały na linach jeszcze dwie postacie. Zaraz też, liny na których zjechali zleciały im na głowy, widocznie odcięte przez kogoś. I właśnie wtedy z góry zleciała czwarta postać. Wylądowała ona na nogach po to aby wywalić się na zad. Po chwili wstała masując się właśnie w ten zad. Pozostali trzej przybysze podnieśli skrzynię i ruszyli w kierunku posterunku.

-Czym chata bogata! Zapraszamy strudzonych wędrowców! - Zakrzyknął Mrozow gdy Leszek i Przemir ustawiali rampę dla gości.

Kiedy już wszyscy wgramolili się rampę spowrotem wciągnięto. Szabrownicy rozsiedli się między żołnierzami, przy małym ognisku. Szabrownik, który zszedł jako pierwszy zdjął swój chełm i odwrócił się do Mrozowa.

-Wy pewnie jesteście przywódcą? - Odpowiedz była twierdząca. - Witosz Kaczmarski dowódca grupki szabrowników, którą przed sobą widzicie.

-No prosze, trafiłem na burżuja z nazwiskiem. - Powiedział ze szczerą fascynacją sierżant. - Coż was sprowadziło do naszego zamarzniętego piekełka.

-To co zawsze. Chęć znalezienia drogi do spieniężenia z trudem znalezionego skarbu.

- A co tam za skarb macie w tej skrzyni?

-No cóż, znalezliśmy na powierzchni jedną z tych wielkich machin jakie znajdowane są od blisko dwóch wieków. Była nadzwyczaj dobrze zachowana. Wypruliśmy z niej wszystko co nawjartościowsze, ale gdyby było nas więcej to pewnie zostawilibyśmy tam krater.

-Mógłby ktoś, prawda, dorzucić coś do ognia. - Zapytał jeden z szabrowników.

-A marzniecie? Trzeba było powiedzieć, Przemir łap za miotacz. Spokojnie panowie niczego się nie bójcie....

Mrozow zaczął tłumaczyć na czym polega ich sposób na ogrzanie się, a Przemir i Leszek zajeli swoje miejsca. Przemir z miotaczem ognia, a Leszek patrzył się w koniec tunelu. I kiedy tak Przemir ogrzewał gości Leszek dostrzegł coś niepokojącego. Ale jego krzyk zlał się w jedno z hukiem wystrzału i paskudnym chrzęstem jakie wydały kręgi i żuchwa Przemira rozrywane przez pocisk kalibru około 9ciu milimetrów. Wszyscy zerwali się na równe nogi i spojrzeli w kierunku wyjścia na powierzchnie. W świetle słonecznym stało trzech Opętanych. I to nie byle jakich Opętanych. "Ludzie" w tej części świata najzacieklejszą rywalizację prowadziła z dwoma rozumnymi gatunkami. I przedstawiciele jednego z nich właśnie stali w tymże tunelu. Mongołowie- blade humanoidalne pokraki sięgające normalnemu warszawiakowi do ramion. Ich

Chem-Hunter of Messia.png
społeczność można porównać do mongolskiej. Prowadzili koczowniczy tryb życia na powierzchni. Nosili na sobie mnóstwo złomu i  potrafili nawet wytwarzać prostą broń palną (jednostrzałowe strzelby z łamaną lufą) chociaż ich hersztowie panoszyli się z automatami zabranymi matrwym szabrownikom. Właśnie jeden taki herszt stał teraz przed warszawiakami. Mrozow znał go, w przeciwieństwie do większości osób, osobiście. Graguul Plugawiec. Wyjątkowo znienawidzona bestia, która lewą część swej paskudnej twarzy zasłaniała metalem, a w jej lędziwa wciąż wbita była klinga szabli, która należała kiedyś do Mrozowa.

Mongoł po lewej przeładowywał swojego jedostrzałowca, czyli to on zabił Przemira. I to jego poraził piorun z prądnicy wściekłego Wacława. Drugi przyboczny uniósł broń do strzału, więc jego łeb został rozerwany strzałem z karabinu któregoś szabrownika.

-Głupcy. - Pomyślał Mrozow kierując muszkę i szczerbinkę na najwazniejszy cel. Ale było już za pózno. Z mroku wypłyneła horda Opętanych zasłaniając ciałami swego herszta. Sierżant zaklął w myślach. I mongoły i "ludzie" otworzyli ogień, z tym, że wrszawiacy bili Opętanych na głowę swoim uzbrojeniem. Ale sierżant wiedział, że to może nie wystraczyć, gdyż domyślał się, że mają doczynienia z typowym "Przepychaczem tuneli", czyli oddziałem złożonym ze 120 Opętanych. Jedyne co go teraz pocieszało to widok szabrownika opierającego lufę swojego lkmu na betonowej osłonie i dziesiątkującego mongołow. Ich pociski dla odmiany rozbijały się o pancerze warszawian, ponieważ były wykonane z najpodlejszych metali ( pociski nie pancerze).  Czy te mongoły nigdy się nie nauczą? No cóż, na pewno jeszcze nie teraz. Mrozow widział jak dziesiątki pocisków rozpłaszczają się na pancerzu i chełmie szbrownika. Martwiło go jednak to, że przy takiej masie wrogów istaniało duże prawdopodobieństwio, że któryś w końcu trafi w słaby punkt. I jakby na potwierdzenie jego myśli, jedna szybka w goglach szabrownika eksplodowała w czerwonej mgiełce. Kiedy tylko ciało lkmisty runeło na podłoge Mrozow zobaczył innego szabrownika próbującego zatamować krwawienie z pachy w którą oberwał. Sierżant zrozumiał, że musi w jakiś sposób przechylić szalę zwycięstwa na korzyś jego i jego ludzi ( i jego gości). I go olśniło. Błyskawicznie znalazł zbiornik z palkiwem, ściągnął miotacz ognia z pleców martwego Przemira i wymienił pojemnik z gazem na ten właściwy. Przypadł do Leszka.

-Utrzymajcie ich na dystans! Mam plan!

-Nie da się, dowódco... - Żałosnie uśmiechnął się Leszek - ... w ogóle nie patrzą na straty.

Mrozow dobrze o tym wiedział, sam był współautorem powszechnego stwierdzenia, że samice mongołów dają dupy tylko najodważniejszym/ głupszym z nich, ale musiał spróbować podnieść morale żołnierzy. Chwilę potem pędził w kierunku wejścia do bocznego korytarza. Trzeba bowiem wiedzieć, że tunel ten posiadał tajny, boczny korytarz którego wejścia znajdowały się tuż pod wewnętrzną stroną górki i 10 metrów od dziury. Biegnąc tak tym korytarzem z miotaczem na plecach Mrozow usłyszał przytłumiony huk.- Szlag podeszli wystarczająco blisko by rzucić granta! Powinienem tam zostać! - Zaczął biec z całych sił. Drzwi w pośpiechu otworzył z buta i stanął w tunelu za plecami Opętanych. Przez dym, jaki wydzielały ciała opętanych podsmażonych prądem, nie widział posterunku. Ale widział mongołó. Całą ich masę. Skierował w ich kierunku lufe miotacza i nacisnął spust. Chociaż sam nie wedział dlaczego, zamknął oczy i zaczął wrzeszczeć. Kiedy całkowicie zachrypł, otworzył oczy i ujrzał przed sobą ścianę ognia pełną wrzasków i skowytu Opętanych. A pomiedzy nim, a tym piekłem stał On. Herszt mongołów miał urwaną lewą rękę i osmaloną twarz. Chwilę obydwaj patrzyli sobie w oczy. Potem Graguula pochłonął jęzor płomieni.

Sierżant z ciężkim sercam wracał bocznym korytarzem. Smuciła go śmierć Przemira i tych dwóch chłopaków. Nie był gotowy na to co zobaczył. Wszyscy których zostawił na posterunku zostali rozerwani na strzępy granatami. Poznał płaszcz dowódcy szabrowników, ręce Wacława wciąż trzymające ulubioną prądnicę. Siedmiu do stu dwódziestu, pojawiło się nagle w myślach sierżanta. Mrozow nie wytrzymał. Wychylił się przez betonową osłonę by się wyrzygać, ale coś mu przeszkodziło. Jego twarz znalazła się kilka centymetrów od paszczy lwopodobnego Opętanego, które to są używane przez mongołów w charakterze psów do polowań. Na ludzi.

- O kur... - Tylko tyle zdążył pomyśleć dowódca....

Nim łeb opętanego eksplodował obryzgując twarz Mrozowa krwią i strzępami ciała. Sierżant wyrzygał się na truchło bestii.

-No tośmy, prawda, wygrali.

Sierżant odwrócił się zobaczył słaniającego się na nogach szabrownika, którego wziął za martwego

Sześć do studwudziestu- tylko to przeszło Mrozowowi przez myśl.

 

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki