FANDOM


LoboTaker, Kalasher i Ender szli pośpiesznym krokiem w stronę CreepyTown. Grzyb którego ostatnio zobaczyli oraz wybuch który usłyszeli oznaczał, że w CreepyTown coś się stało. To mogło być coś związanego z tą dziwną Federacją, która być może odważyła się w końcu zaatakować miasteczka. Równie dobrze mógł to być jednak wybryk samych mieszkańców, którym jakiś popi#rdolony pomysł kazał wywołać niemalże atomową eksplozję w niezbyt wielkiej odległości od swojego miasteczka. Ender i Kalasher mieli nadzieję że eksplozja spowodowana była przez te drugą rzecz- oznaczało to że czekały ich nowe przygody, najpewniej nadwyraz nienormalne. Lobo jednak obawiała się tego gorszego, i to był główny powód dla którego postanowiła się tam udać.


- Z HallenWest zniknęło 9 mieszkańców.- powiedziała Lobo, wyprzedzając swoich towarzyszy.


Ender i Kalasher spojrzeli na nią ze zdziwniem. Obydwoje słyszeli o nagłym zniknięciu paru mieszkańców miasteczka, jednak nie wiedzieli co to niby ma wspólnego z ich sytuacją. Przecież idą zobaczyć fajerwerki w CreepyTown. Co ma piernik do wiatraka?


- Tak sie składa że kilku mieszkańców w domach zaginionych widziało młodego chłopaka w długim płaszczu i czerwonych włosach.- kontynuowała Lobo przyśpieszając kroku jeszcze bardziej.


Ender i Kalasher lekko zaniepokojeni również przyśpieszyli. Opis pasował do ich znajomego, Mikhalna. Jednak po co Arcymag miałby przychodzić do ich miasteczka i nawet się nie przywitać? Tym bardziej że przyjaciele nie mogli sobie wyobrazić co Mikhaln miałby mieć wspólnego z zaginięciem mieszkańców miasteczka.


- Chyba nie podejrzewasz Mikhalna?- spytał Ender, przyglądając się Lobo.


Baldanderka nic nie odpowiedziała. Podniosła tylko lekko głowę i patrząc przed siebie zaczęła niemalże biec. Jej przyjaciele by dotrzymać jej kroku musieli zrobić podobnie.


- Słuchaj Lobo.- odezwał się Kalasher.- Wiem że nie przepadasz za CreepyTown ale to nie znaczy że musisz całe zło tego świata na nich zwalać.


LoboTaker nadal milczała. Sam fakt że widziano osobe przypominającą z opisu Mikhalna na miejscu zbrodni nie oznaczał jeszcze nic strasznego. Coś jednak niepokoiło Baldanderkę- jakieś wewnętrzne poczucie zagrożenia, wrażenie że stoją nad przepaścią z której ktoś chce ich zrzucić. Nie potrafiła wytłumaczyć swoich podejrzeń, nikomu więc o nich nie mówiła.


- Panowie...tak na wszelki wypadek...- dziewczyna nie wiedziała jak ubrać swoje przeczucia w słowa.- Po prostu w razie czego bądźcie czujni.


Kalasher i Ender spojrzeli najpierw na siebie nawzajem a potem na Lobo. Na ich twarzach malowało się niemałe zdziwienie. Nie mieli pojęcia o czym mówi do nich ich przyjaciółka, jednak postanowili nie pytać. Najwidoczniej Baldanderka wiedziała albo przeczuwała trochę więcej niż oni.


Przez najbaliższe minuty cała trójka biegła w milczeniu przez CreepyForest. Ciemnośc nocy objęłaby ich całkowicie gdyby nie świecący w pełni Księżyc, wiszący wysoko na niebie. Jego bijące z ogromną siłą światło oświetlało im drogę przez ciemny, przerażający las. Przyjaciele zauważyli coś niezwykłego: im bardziej zbliżali się do CreepyTown, tym głośniejsze dźwięki wydawały okoliczne cykady. Jak gdyby chciały ich ostrzec przed nadchodzącym niebezpieczeństwem.

.


.


.


Krater jaki powstał po uderzeniu kosmicznego kamienia bez wątpienia był spory i głęboki. Miejsce zderzenia meteoru z ziemią  nijak nie przypominałoe tego co przyjaciele widzieli najczęściej w telwizji. Nie wyglądało to jak wielka dziura w ziemi- bardziej jak rana na zdrowym ciele, jak skaza na powierzchni Kraju. Z lotu ptaka wyglądała prawdopodobnie jak lekko zakręcona, pionowa kreska w powłoce wyspy. Taka wielkości małej wioski.


- Halo?!- wydarł się Kalasher wychylając swoją głowę w głąb krateru.


Głos Stalkera roznosił się na całej głębokości dziury i wracał kilkukrotnie w postaci echa.


- Teraz ja.- powiedział Ender ale szybkie złapanie go za kark przez Lobo powstrzymało go od zrealizowania swojego celu.


Baldanderka przyglądała się całej zniszczonej okolicy. Poza kraterem cała okolica wyglądała jak pobojowisko. W najbaliższej okolicy dominował proch- okoliczna fauna i flora najzwyczajniej w świecie uległa całkowitemu spaleniu. Jedna setna sekundy i bum- zamieniasz się w proch. Trochę dalej sytuacja wyglądała nieco lepiej, widać było co prawda że panował tu ogromny pożar, ale jakby sam z siebie zgasł. Poza spalonymi resztkami roślin i zwierząt, krajobrazu dopełniał widok powyrywanych z korzeniami i połamanych drzew.

Cokolwiek spowodowało ten kataklizm było potężne. Bardzo potężne.


- Chyba możemy się już zwijać.- powiedziała LoboTaker po czym zaczęła odsuwać się od krateru. W jego okolicy również miała nadwyraz złe przeczucia. Z jakiegoś powodu chciało jej się płakać, jakby coś straciła w wyniku tego kataklizmu. Nie potrafiła jednak powiedzieć czego.


Kalasher i Ender spojrzeli na przyjaciółkę lekko zawiedzeni, jednak nie mieli wielkiego wyboru. Bez słowa ruszyli za swoją towarzyszką.


- STAAAAAĆ!!- wydarł się nagle czyiś głos dochodzący zza pleców przyjaciół. Cała trójka bardzo szybko obróciła się by zobaczyć kto się tak na nich wydziera.


Po drugiej stronie krateru stał dziwny mężczyzna. Był dwa razy wyższy niż każdy z nich, miał wyżelowane, stojące blond włosy i czarne oczy. Ubrany był w czerwony, średniowieczny pancerz rycerski a w swoich potężnych dłoniach dzierżył ogromny młot wojenny.


- Mówcie mi zaraz jaki jest wasz związek z tą abominacją?!- krzyczał przybysz, ruszając powoli w stronę trójki towarzyszy.


Lobo szybko wyciągnęła swoją Kosę, Kalasher wycelował w podejrzanego osobnika swoim karabinem a Ender zwyczajnie złożył dłonie w pięści czekając na przybysza.


- Najpierw gadaj kto ty jesteś.- powiedziała Lobo.


Przybysz stanął w miejscu i uśmiechnął się szyderczo.


- Na imię mi Korin- powiedział osobnik.- Jednak możecie mi mówić BloodWolf. .


.


.


Krzyki cierpienia rozchodziły się po całym lesie. Zwierze rzucało się na wszystkie strony, łkając i warcząc na zmienę. Nie rozumiało skąd wziął się jego ból. Nie rozumiało dlaczego musiał cierpieć. Nie rozumiał dlaczego jego właścicielkę cieszyły te tortury.


Skuty łańcuchami Beast rozwarł swoją wielką paszczę i wydarł z niej żałosny ryk bólu. Czuł jakby coś rozsadzało jego czaszkę, jakby w jej wnętrzu znajdowało się jakieś istnienie które chciało się przez nią wydostać. Pęknięcie przedniej części jego czaszki zostało zagłuszone przez kolejny, pełen cierpienia ryk. Całe ciało zwierzaka Salai drżało gdy z mózgoczaszki zaczęły powoli wyłaniać się dwa, długie, białe acz burdne od krwi i kawałków mózgu rogi. Gdy podobne, 3 czarne rogi zaczęły wyłaniać się z jego szczęk, zwierze jedynie pisnęło, chociaż krwawe łzy zaczęły wylewać się z jego zmęczonych oczu. Całe ciało Beasta zaczęło powoli rosnąć, podobnie jak jego wściekłość. Z rozszerzających się mięśni zaczęła obficie lecieć krew. Spływała ona głównie na olbrzymie i śmiercionośne pazury bestii, które natychmiast zaczęły je wchłaniać, zmieniając ich kolor na stałe. Beast zgrzytał swoimi ogromnymi, groźnymi kłami gdy na jego ogonie zaczęły spod skóry wychodzić czarne kolce. Jego ciało rosło i rosło, aż w końcu oplatające go łańcuchy pękły.


Beast wydarł z siebie kolejny ryk. Tym razem nie był to jednak ryk rozpaczy czy cierpienia- był to ryk wściekłości, szaleństwa i oczekiwania. Oczekiwania na wielką, krwawą bitwę w której stwór będzie mógł przelewać posokę. Gdzie jego ogromne łapy będą mogły łamać kości wrogów, gdzie kolce na jego ogonie będą mogły wbijać się w ich korpusy. Gdzie krew będzie mogła przelewać się hektolitrami. Gdzie jego Pani będzie mogła zbierać setki czaszek.


Salai podeszła do warczącego zwierzaka otwierając usta z zachwytu. Teraz również jej zwierzak poznał potęgę Boga Krwi. Dziewczyna oplotła swoje ramiona wokół jego masywnej szyi i założyła mu obrożę. Obroże zrobioną z zebranych kości ofiar dziewczyny i tajemniczego, krwistoczerwonego kryształu. .


.


.


Strange poruszała się powoli i zmysłowo po wnętrzu burdelu. Uśmiechała się wiedząc że jest obserwowana przez kilkanaście par przerażonych oczu. Sprawiało jej to przyjemność- świadomość że jej przyszłe ofiary mimo całego przerażenia nie mogą nawet na ułamek sekundy oderwać od niej oczu. Nic dziwnego.


Dziewczyna nie przypominała siebie sprzed zaledwie kilku godzin. Ubrana była niezwykle skromnie, jej ubranie właściwie odkrywało zdecydowanie więcej niż zakrywało. Większa część jej piersi była całkowicie odkryta, jedynie mała, cienka przepaska skywała to co większość chciała zobaczyć. Poza tą przepaską jedynym jej ubraniem był cienki materiał zaczynający się pomiędzy jej udami i ciągnący się do stóp. Cała reszta jej ciała była całkowicie odkryta- i pocięta w najbardziej fantazyjnych wzorach. Jej piersi, brzuch, uda, ręce i nogi- po ranach umieszczoncyh na tych częściach ciała obficie spływała krew.


Strange odwróciła się w stronę sceny, a łańcuchy na jej rękach i nogach wydały złowrogi dźwięk. Dziewczyna oblizała usta swoim nienaturalnie długim językiem i zamruczała. Robiło jej się gorąco na myśl co zrobi z "niespodzianką".


Wszystkie prostytutki z Vanilla Unicorn leżały związane na scenie. One same były nagie, ich usta zakneblowane metalowymi piłkami, pełnymi raniących ich wargi, język i gardło kolcami, które dotadkowo nienaturalnie wykrzywiały ich jamy ustne. Ich pełne strachu oczy były czerwone i załzawione. Pracownice odczuwały nieustający ból. Przyglądająca się temu Strange cała drżała z rozkoszy.


- Widzę że całkiem nieźle się tutaj urządziłaś.- powiedział wchodzący do burdelu Przemek po czym dodał po pewnej przerwie.- Kotku.


Chłopak aż tak nie różnił się od siebie sprzed kilku godzin. Ubrany był w prostą, czarną szatę lekko odkrywającą górną część jego torsu. Była długa i dosyć przewiebna. Drugą zmianą w jego wyglądzie była dziwna, czarna mgła wychodząca z niektórych części jego ciała oraz ubioru. Emanowała z niego niczym para wodna- wylatując z niego a później rozchodząc się w powietrzu. Trzecią i ostatnią zmianą były jego czerwone, świecące oczy. Skierowane początkowo były na Strange, po chwili jednak skierowały się tuż za nią.


Dziewczyna odwróciła się. Za nią leżały pozostałości po kelnerkach niegdysiejszego burdelu- kawałki ich żywcem odciętych skór, sproszkowane kości, wyjęte żyły i kawałki włosów. Za nimi zaś leżały obdarte, zmasakrowane kawałki mięsa- czyli właśnie kelnerki.


- Przygotowuje obraz dla Slaanesha.- powiedziała dziewczyna, powoli zbliżając się do Przemka.


Nim Strange się zorientowała, chłopak złapał ją na szyję, podstawił nogę i popchnął na ziemię. Dziewczyna z hukiem uderzyła o drewniane deski, wydając z siebie jęk przyjemności. O bólu nie mogło być mowy- nie odkąd oddała się Bogu Rozkoszy.


Chłopak szybko się na niej położył i zbliżył swoją twarz do niej. Teraz patrzyli sobie intensywnie w oczy a ich usta były zaledwie milimetry od siebie.


- Słyszałem że jako Czempion Boga Rozkoszy twoje...umiejętności wzrosły.- powiedział chłopak, kierując dłoń coraz niżej.- Ciężko mi uwierzyć że jest to możliwe ale...


Dziewczyna nie dała Przemkowi dokończyć. Oplotła dłonie wokół jego szyi, pocałowała go dziko oraz namiętnie i wepchnęła swój długi język w jego gardło.  Chłopak uśmiechnął się, ściągając z niej resztki ubrań.


To też jakiś sposób żeby oddać cześć Bogom Chaosu. .


.


.


Serek po raz pierwszy w życiu czuł, że naprawdę jest w domu. Cały Opuszczony Port wyglądał wspaniałe- jak jedno, wielkie bagno. Cała ziemia była zgniło-zielona od zanieczyszczeń, zwłaszcza przy brzegu, gdzie zanieczyszczenia lądu łączyły się z brudem CreepySea. Wokół portu były umiejscowione inne zbiorniki- jeden z ich był pełen gotującej się, zgniłej żołci, inny zaś wypełniony był czarną, obrzydliwą ropą. Do CreepySea natomiast wlewała się parodia rzeki, wypełniona niszczącymi wszystko sokami trawiennymi.


Zmiany nie ominęły samego Portu. Jego przeżarte zgnilizną deski jakimś cudem nadal się utrzymywały. Przez mieszaninę różnych obrzydliwych płynów były mokre i wyginały się za każdym razem kiedy ktoś na nich stawał. Mimo to nie pękały.


Nad całym tym miejscem latały wzdęte, brzęczące muchy. Serek zamknął oczy i zrealaksował się.


Nareszcie prawdziwy dom. .

.


.


Mikhaln siedział w swoim Laboratorium w Wieży Maga. Otoczony był przez wielkie, ciągnące się do sufity regały pełne ksiąg, papirusów, kamiennych tabliczek z runami i innymi magicznymi źródłami informacji. Nie ona były jednak obecnie przedmiotem zainteresowania Arcymaga.


Czempion Tzeentcha chodził zdenerwowany po całym pomieszczeniu. Jego umysł był bombardowany  różnymi dziwnymi, niezrozumiałymi obrazami i słowami których konkretne znaczenie były niepojęte dla Mikhalna. W skrócie- Arcymag doznawał wizji. Obrazy wydawały się nijak się ze sobą nie łączyć: piękna, chrześcijańska katedra, nagle i niespodziewanie zaczyna niszczeć. Jakaś niewidzialna dla maga siła próbuje ją przed tym powstrzymać, jednak znak pentagramu staje jej na drodze. Później obraz cienia- najpierw wyglądającego jak człowiek, następnie zmieniający swoją formę na jakieś bliżej nieokreslone, wielkie zwierze. Po kilku takich zmianach cień upada. Zabiera go wielka, ciemno-niebieska ręka. Na jej po raz kolejny pojawia się symbol pentagramu.


Niezrozumiałe obrazy w pracującym na pełnych obratach umyśle Mikhalna zaczęły powoli łączyć się w całość. Zaskoczony Arcymag uśmiechnął się.


- A więc taki ma być mój cel.- stwierdził Mikhaln po czym zaczął przygotowywać się na nadchodzącą bitwę.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki