FANDOM


Las… Szum drzew… Śpiew ptaków… Vulausa to uspokajało na swój sposób. Medytował on prawie 2 metry nad ziemią wprowadzając się w trans by chociaż raz zjednoczyć się z otaczającą go przyrodą. Nagle poczuł coś znajomego, tak, to było bardziej niż znajome, to było jak fragment duszy oderwany dawno temu i zwrócony w tym właśnie momencie. Zapach kwiatów Jiutilu, niespotykany na tej planecie, czy nawet układzie planetarnym. Lecz jakże bliski sercu Kronikarza.

- Jestem tu. – usłyszał tuż przy swoim uchu cichy, kobiecy szept. – Musisz mnie tylko odnaleźć.

- Ra’aja? – Vulaus spytał otwierając szeroko oczy i obracając się powietrzu, pustka. – Nie, to niemożliwe… To musiała być iluzja…

- Pomóż mi! – teraz głos był wyraźny. Kronikarz odwrócił się ponownie i zamarł. Stała przed nim jego ukochana, ta sama, która zginęła w czasie Wielkiej Wojny. Czarne niczym najciemniejsza noc włosy, blada, niemal kredowo biała skóra i ciemnofioletowe oczy górujące nad spokojną twarzą o ostrych, władczych rysach. – Znajdź mnie, proszę – wyszeptała rozpływając się w powietrzu.

Vulaus wyciągnął po chwili rękę w kierunku miejsca w którym stała Ra’aja. Było tam tylko powietrze. Gniew, smutek i głęboki żal wypełniły go. W otwartej garści ściągane grawitacyjnie cząsteczki powietrza zaczęły skupiać się coraz bardziej. Najpierw powstała mgiełka, potem płynna kula, a na koniec bryła lodu o kulistym kształcie. Szybki ruch nadgarstka i powietrze w formie stałej poleciało w kierunku ziemi z hiperdźwiękową prędkością. Eksplozja była tak silna, że pole fazowe ledwo zdołało zaabsorbować energię. A nawet jeśliby padło to pozostaje jeszcze pole grawitacyjne, które zatrzyma wszystko.

Całą okolicę pochłonęła mgła. Vulaus jednak bez wzruszenia lewitował ponad olbrzymim kraterem wyrytym w ziemi i… płakał. Przetarł łzy z oczu i wsłuchał się w ciszę. Niczym nie zmąconą. Nagle jednak coś usłyszał, sam do końca nie wiedział co to tak naprawdę było. Dźwięk. Bez większego namysłu pognał w jego stronę wytężając swoje niemal boskie zmysły by namierzyć jego źródło.

Cel znajdował się jakieś 20 kilometrów poza strefą zero. Ra’aja stała nad strumieniem trzymając coś w dłoniach. Vulaus dopiero teraz przyjrzał się jest odzieniu. Długa suknia w odcieniach fioletu i purpury, jej ulubionych kolorach. Włosy powiewały jej na wietrze, który jednak nie wiał. Kronikarz znał ten moment zbyt dobrze. Odwróciła się w jego stronę i z lekkim uśmiechem upuściła przedmiot dzierżony w dłoniach, by po nanosekundzie implodować. Kronikarz podszedł do leżącego na ziemi przedmiotu, był to medalion, z wyrytym na powierzchni symbolem Lawan Ur. Coś się jednak nie zgadzało. Dziwna, błękitna poświata przebijała się z wnętrza medalionu. Oko na jego powierzchni świeciło ze źrenicy bladym blaskiem.

- La’ad be-jachad… - wyszeptał Vulaus niemal przystawiając usta do przedmiotu. W tamtym momencie wszystko zniknęło, a on pojawił się gdzieś w przestrzeni, pomiędzy gwiazdami i mgławicami. Pomiędzy galaktykami. W pustce.

Wszystko nagle zmieniło się, gwiazdy zaczęły układać się w nieznane konstelacje, a te w coś w rodzaju mapy. Vulaus zorientował się, że przedstawia ona obecne rozplanowanie powierzchni na tej planecie, jak ona się nazywała? A tak… Ziemia. Jedna z gwiazd zaczęła nagle migać znajdując się w centrum największego z tutejszych kontynentów. Potem pojawiła się migawka rozległej równiny i wzgórza… Nie! Kurhanu.

- Co dalej? – spytał bardziej sam siebie niż kogokolwiek w pobliżu. – Nie znam tego miejsca.

- Reinkarnator wskaże ci drogę. – odpowiedział spokojny, kobiecy głos.

- Niechaj się tak stanie, moja pani. – rzekł i na powrót pojawił się przy strumieniu. – Ter’Ghyt!

Na to wezwanie przybyła z nikąd istota o korpusie człowieka, nogach kruka, skrzydłach orła oraz szyi i głowie sępa. Jej upierzenie było czarne w niemal stu procentach, a skóra miała kolor gęstego atramentu. Jedyny jego ubiór stanowiła biało-złota szata.

- Tak, mój panie? – odpowiedziało stworzenie swym skrzypiącym, ptasim głosem.

- Twoim celem jest syrena. Włos ma jej nie spaść z głowy. Zrozumiano? – Kronikarz wydał szybki rozkaz.

- Na cóż ci ona?

- Na wszelki wypadek, gdyby Reinkarnator nie miał ochoty na współpracę. – Vulaus uśmiechnął się pod nosem.

- Niechaj się tak stanie, panie mój… - zaskrzeczał i zniknął.

*************************************************************************************************************

Przemek leżał w stanie wskazującym na zimnej posadzce. Głowę zaprzątały mu pełznące smoliście myśli, jedną z nich brzmiała: „Dlaczego ja?”, była ona również najbardziej złożona z tych, które przyszły mu do głowy. Nagle poczuł szturchnięcie w lewy bok, spróbował otworzyć oczy, ale szybko je zamknął, gdyż podłoga zaczęła wówczas orbitować wokół jego głowy sprowadzając nudności. Machnął więc ręką celując w miejsce ciosu, lecz jego orientacja przestrzenna go zawiodła przez co jedynie przeciągnął ręką po podłodze kilka centymetrów.

- Wstawaj, koniec odpoczynku. – usłyszał nad sobą czyjś głos, lecz nie był w stanie określić jego właściciela, ani nawet jego płci. Czy przypadkiem przed chwilą o czymś ważnym myślał?

- Mamo! Ńje… Jezdem… piiiijjja(czkawka)ny – wybełkotał przypadkowy zlepek słów, jaki mu ślina na język przyniosła, a może to nie była ślina? Tak, zemdliło go i zwymiotował na posadzkę.

- Obrzydliwe… - skomentował tajemniczy głos, po czym dodał. – Jesteś w stanie przywrócić go do sprawności?

- Zobaczę co da się zrobić. – usłyszał już bardziej znajomy głos. Po kilku sekundach natomiast poczuł, jak coś pokrywa jego ciało, a skutki upojenia alkoholowego znikają.

- Teraz wstań. – znów usłyszał ten głos, teraz jednak rozpoznał go częściowo, ale postanowił się upewnić i spojrzał w górę. Tak, teraz był pewny, ze stoi nad nim Vulaus. – Mam dla ciebie zadanie.

- A co jeśli mnie to nie obchodzi? – spytał z głupim uśmieszkiem Przemek.

- Wtedy będę musiał wprowadzić w życie plan awaryjny, a tego raczej byś nie chciał. – odpowiedział grobowo spokojnym głosem kronikarz. – Więc jak? Przyjmiesz zadanie po dobroci, czy nie?

- Najpierw powiedz co to za zadanie, żebym mógł się zastanowić. – Gdy tylko skończył zdanie Vulaus ukazał mu tę samą wizję, którą otrzymał wcześniej.

- Zaprowadź mnie tam.

- To nie potrafisz sam tam pójść, albo użyć jednego z tych twoich tegesów aby się tam udać? – spytał reinkarnator.

- Gdyby to było takie proste, to nie zawracałbym sobie głowy przekonywaniem ciebie. Poza tym znasz tamte tereny. Wiec jak?

- Powiedzmy, że… Hmm… Nie? – odpowiedział niebiesko włosy.

- Szkoda, miałem nadzieję, że nie będę musiał tego robić… Ter’Ghyt, do mnie! – krzyknął Kronikarz.

- Ter, co? – spytał milczący dotąd Smąriusz w tym samym momencie, w którym tuż obok nich pojawił się wysoki szatyn w okularach, ubrany w granatowy garnitur i mający na oko jakieś 30-40 lat. Obok niego klęczała spętana łańcuchami Strange. – Były jakieś problemy?

Przemek, gdy tylko to zobaczył rzucił się na okularnika z wiadomym celem. Gdy był już tylko nieco ponad metr od niego nagle poczuł, że nie jest w stanie poruszać ciałem, a przynajmniej tymi jego częściami, na których znajdował się kłobuk.

- Spokojnie, mówiłem ci przecież, że to sprawa wielkiej wagi, a w związku z tym pobłażliwość i zwlekanie, to największe ze zbrodni. – rzekł spokojnie Vulaus. – Czy teraz dojdziemy do porozumienia?

- Smąriusz, rusz się w końcu! – niemal krzyknął reinkarnator.

- Nie może, zabrałem mu możliwość przemieszczania się w 4 wymiarze, a po twojemu, zatrzymałem go w czasie. – wyjaśnił kronikarz. – Twój opór jest bezcelowy.

Niebieskowłosy szarpał się jeszcze chwilę po czym ze zrezygnowaniem opuścił głowę i zaśmiał się cicho.

- To nie ona. Nie dałaby się pojmać tak łatwo i to bez zadania żadnych obrażeń przeciwnikowi, jest zbyt dobra.

Kronikarz spojrzał na swojego sługę, a ten tylko wzruszył ramionami.

- Pokaż mu.

Ter’Ghyt wzdrygnął się lekko, ale nie protestował. Po jego twarz przeszedł krotki impuls błękitnej energii ukazując głębokie rany cięte oraz zwęglone tkanki. Teraz można było stwierdzić, że walka miała miejsce. Następnie chwycił dziewczynę mocno za dolną Szokę i podniósł na wysokość twarzy Przemka. Była on ledwo przytomna, lecz nie miała zbyt wielu śladów walki, bardziej jakby padła z wyczerpania, lub wzięcia znaczniej ilości substancji psychoaktywnych.

- Wystarczy… Jakie są twoje warunki?

- Zaprowadzisz mnie do tamtego kurhanu. Jeśli spróbujesz uciec, ona umrze. Jeśli spróbujesz mnie oszukać, ona umrze. Zrozumiano?

- Tak.

Vulaus uśmiechnął się delikatnie, lecz coś mu nie pasowało. Sprawy potoczyły się zbyt gładko po jego myśli, poszło zbyt łatwo.

****************************************************************************************************

Step, niekończące się morze traw. A oni szli przezeń już trzeci dzień bez odpoczynku. Teraz Kronikarz miał pewne podstawy, aby sądzić, że coś jest stanowczo nie tak, ciało zwykłego człowiek, nawet wspierane duchowa energią nie byłoby w stanie wytrzymać tak wielkiego wysiłku. Chwilami zdawało mu się, że jego towarzysz „miga” pojawiając się i znikając w nanosekundowych sekwencjach.

Czwartego dnia błądzenia w końcu znaleźli swój cel.

- Oto jest to czego szukałeś. – rzekł reinkarnator wskazując niski wzgórek, nie miał nawet lekkiej zadyszki.

- Dobrze się spisałeś, ale pójdziesz jeszcze ze mną.

- Po co? – spytał niebiesko włosy.

- Chce mieć pewność odnośnie jednej sprawy. – odparł zimno Kronikarz.

Następnie, bez zbędnego tłumaczenia obaj ruszyli w kierunku Kurhanu. Trochę czasu zajęło im odnalezienie wejścia do wnętrza, a raczej jego zrobienie.

Okazało się, iż we wnętrzu ziemnego kopca znajduje się zachowana w idealnym stanie komnata o kopulistym sklepieniu. Nie było tu żadnych ozdób, ani prawie niczego… Prawie, gdyż na środku znajdował się złoty sarkofag stylizowany na kłębowisko węży. Vulaus podszedł bliżej, czuł, że oto przed nim leży ciało jego ukochanej, które należy pogrzebać wedle starożytnego zwyczaju, a nie pozostawiać aby sczezło w tej barbarzyńskiej „budowli”. Dotknął ostrożnie wieka, czując niewyobrażalną moc promieniującą z wnętrza. W tej samej chwili złote węże poruszyły się w taki sposób, że odsłonięte zostało wnętrze.

Nienaruszone ostrym zębem czasu ciało, zupełnie jakby zasnęła przed chwilą. Kronikarz przesunął dłoń, aby dotną jej policzka… Otworzyła oczy. Ona otworzyła oczy. Strach, zdziwienie, paranoja, znów strach. Uczucia kłębiły się, a tymczasem Ra’aja lewitując wyszła z sarkofagu. Kronikarz odsunął się gwałtownie.

- Czekaliśmy bardzo długo na tę chwilę. – rzekła dziwnie zwielokrotnionym głosem.

- „My”? – zdziwił się Vulaus.

- Tak, my… - usłyszał za sobą znajomy głos. Odwrócił się i Ter’Ghyta w jego zwyczajnej, ptasiej formie. Obok niego stali Przemek i Strange, a Smąriusz unosił się nad nimi.

- Co ty robisz? – spytał kronikarz, okrążany przez istoty, które na pewno nie były tymi, na których wyglądały. Więc kim były? Nie wiedział.

- Spełniamy wolę naszego pana. – Odpowiedziały wszystkie 5 postaci rzucając się na Vulausa.

Jeden ruch nadgarstka i pseudo-Strange wykruszyła cześć ściany. Strzał z miotacza krystalicznego i pseudo-Przemek i rozszarpaną klatką piersiową poleciał do tyłu wbijając się w ścianę. Zamach bicza energetycznego aby opędzić się od pseudo-Smąriusza spadającego z sufitu lecz kończącego swój lot na wyłaniającej się ze ściany istotę. Ter’Ghyt podszedł bardzo blisko i szykował się do ciosu w gardło swymi zakrzywionymi szponami. Był zbyt powolny i skończył lecąc z wyłamanym ramienia prostu w Sarkofag, który od uderzenia nieco się przesunął. Piąta istota próbowała ataku od tyłu, lecz napotkała na blok. Kronikarz jednak nie był w stanie zadać ciosu i pozostawał w defensywie, gdy rzucił się na niego niebiesko włosy. Był on nadludzko szybki, lecz wystarczył piruet w powietrzu zakończony kopnięciem w twarz o przeciążeniu 15G aby wysłać go prowizorycznym wyjściem na zewnątrz. Ra’aja zadała kilka lekkich ciosów, po czym wyzwoliła ładunek błyskawic  niewiadomego pochodzenia. Kronikarz jednak zmienił jonizację powietrza i błyskawice trafiły w Smąriusza. Piratka Wraz z Ter’Ghytem próbowali zwiększyć swe szanse atakując z dwóch stron, lecz Vulaus złapał Strange za włosy, a Ptaka za szyję i użył ich przeciw Istocie podszywającej się pod jego ukochaną w roli kiścieni. Tuż przed uderzeniem zamknął oczy, nie chciał widzieć jej krzywdy. Huk… Krzyk… Otworzył oczy i uderzył swoimi „brońmy” o siebie nawzajem, a następnie wyrzucił ich z Kurhanu wyrzucając zeń również wchodzącego znów Przemka mającego zamiast twarzy krwawą papkę, lecz nie przejmującego się tym zbytnio. Ra’aja szybko wygrzebała się ze ściany i używając telekinezy cisnęła sarkofagiem w Kronikarza, który jednak się tym zbytnio nie przejął i płynnie uniknął. Chwycił istotę za szyję prawa ręką, a w lewej pojawił się Niebiański Kostur. Kryształ pomiędzy cherubami jarzył się wielokolorowym światłem. Uniósł broń i zadał cios przygważdżając pełznącego Kłobuka do ziemi. Pozostała trójka już weszła na powrót do Kurhanu.

- Poddaj się, jesteś otoczony i mamy przewagę liczebną. – Rzekł Ter’Ghyt, na co Vulaus uniósł tylko brew ze zdziwieniem.

- Ale do ja obecnie wygrywam. – rzekł i wypuścił Ra’aję i Smąriusza. – A poza tym… Gińcie!

Uderzył w podłogę wbijając fazowy szpikulec Kostura. Nagle z kryształu wydobyła się fala wyjącej wściekle energii, która rozerwała Kurhan od środka.

Znów lewitował na kraterem, lecz teraz nie okazywał żadnych emocji. Teraz czuł, że przeciwnicy jakimś cudem jeszcze żyją. Pierwszym z nich, który się pojawił był Ter’Ghyt patrzący nienawistnie na byłego pana. Potem z popiołu powstała Ra’aja. Następnie pozostali, którzy teraz nie mieli na sobie nawet zadrapań.

- Pokarzcie mi swe prawdziwe oblicze, Demony! – krzyknął ile sił Vulaus, lecz odpowiedział mu tylko chrapliwy ryk.

Kronikarz przyjął postawę bojową szykując się do kolejnej walki, lecz wtem, zupełnie z nikąd na zaskoczoną Syrenę spadł, niczym pikujący jastrząb, Otarus. Smąriusz wmieszał się w walkę z trudną do opisania bestią, a na Przemka zaszarżował Ze’ew. Ter’Ghyt patrzył na to wszystko z zaskoczeniem, gdy nagle uderzyła w niego fala energii fazowej, która zniszczyłaby wszystko, co pochodzi z materialnego świata. Vedrtal Nie dał mu jednak zregenerować sił i zadał kilka szybkich ciosów.

Korzystając z zamieszania Vulaus rzucił się na Ra’aję starając się zapomnieć wszystko co go z nią łączyło. Cios za ciosem był coraz bliższy tego stanu, aż w końcu przebił plugawą istotę symulującą jego ukochana kosturem. Wtedy to z jej ciała wydobyła się czarna mgła, a ona spojrzała na niego zaskoczonym wzrokiem.

- Vulaus… Przepraszam… - wyszeptała tak cicho, że zwykły człowiek nie byłby w stanie tego usłyszeć.

- Uciekać! Ratuj się komu życie miłe! – krzyczał Ter’Ghyt teleportując się przed ostatecznym ciosem Vedrtala. Pozostali jego towarzysze postąpili tak samo. Walka została zakończona.

************************************************************************************************

Pogrzeb odbył się nazajutrz. Okazał się, że istoty, z którymi walczył Vulaus nie miały nic wspólnego ze swoimi pierwowzorami nie licząc wyglądu. Po krótkiej rozmowie z Ra’ają w Wiecznej Radzie Vulaus poznał dokładnie swój cel: Dygb’letyh zwany Acharon. Znajduje się on na Cienistej Planecie  gdzieś w międzygwiezdnej pustce.

Wziął zatem mały Jacht Kosmiczny i udał się na polowanie.

***********************************************************************************************

Dziesiąta planeta… Kraina spowita wiekuistą ciemnością… Dom Acharona, strażnika wiedzy, który dobrowolnie pozostał w tym wymiarze po zakończeniu Wielkiej Wojny.

Pan tego mrocznego świata siedział na obsydianowym tronie, a jego macki luźno zwisały delikatnie się kołysząc. Wpatrywał się w małą z jego perspektywy postać stojącą na wprost.

- Ogary Upadłego w jakiś sposób znalazły drogę na Ziemię. – Kronikarz zrobił przerwę i spojrzał w oko swojego rozmówcy. – Natomiast Ty jesteś jedyna istotą w promieniu setek tysięcy lat świetlnych, która mogłaby o ty wiedzieć jakieś szczegóły.

- Oskarżasz mnie o bratanie się z tymi wynaturzeniami? – odparł Acharon głosem przypominającym szum morza.

- Nie, lecz nie wykluczam tego. Cajad twierdzi, że zbliżają się ciężkie czasy dla wszystkiego co znajduje się na Ziemi.

- Możliwe, jednak nie mam z tym żadnego związku… Czekaj… Też to czujesz? – Acharon zerwał się ze swego obsydianowego tronu i wytężył swoje wszystkie 9 zmysłów.

- Co mam czuć? – Powiedział Vulaus odwracając się w kierunku w którym spoglądał Strażnik Wiedzy, ujrzał jednak tylko mroczną mgłę, typową dla tej planety.

- Ciemność i pustkę, zupełnie jakby… Niemożliwe…

- Mówże jaśniej! Co wyczuwasz!? – niemal krzyknął z bezradności Kronikarz wpatrując się w mgłę.

Acharon rzekł coś głośno w języku Yith i w tym samym momencie mgła się podniosła… Nie mgła, coś WE mgle. Olbrzymi wij o ciele jakby składającym się z ciemności w stanie lotnym oraz odnóżami przypominającymi nienaturalnie długie i chude ludzkie ramiona podniósł sięi spojrzał na dwie maleńkie w porównaniu do niego istoty.

Po chwili dało się usłyszeć miarowy stukot szponów o skałę. Ter’Ghyt kroczył dumnie w stronę swego dawnego pana smakując już zwycięstwo.

- Zdrajca! – krzyknął Vulaus uderzając Niebiańskim Kosturem w podłoże i tym samym posyłając w stronę humanoida falę energii, która jednak go ominęła i tylko rozwiała mgłę ukazując kolejne dwie istoty. Jedna z nich miała wężowy tułów, sześć ramion oraz ludzką głowę, lecz z jakby mackami zamiast włosów. Druga natomiast przypominała rogatego gada z długim ogonem oraz posiadającego przypominające ostrza wyrostki na przedramionach.  

- Nachasz, Zochel, Choszech… Jednak udało wam się przeżyć, dziś jednak zginiecie. – Rzekł spokojnie Acharon.

- Mocne słowa jak na istoty znajdujące się w mniejszości… - powiedział z pewną pychą Ter’Ghyt. – Szkoda, że nikt nie dowie się o waszej heroicznej, ostatniej walce.

- Nie minie 24 ziemskie godziny, a padniesz martwy. – Vulaus rzekł spokojnie nie dając ujścia kłębiącym się weń emocją. Po krótkiej pauzie dodał głosem pełnym dumy i patosu -  W imieniu Mag’Azgrad’Letyh Hraf’Mettg’Lio, Konklawe, wszystkich ras zniszczonych podczas Wielkiej Wojny oraz wszystkich, którzy ucierpieli w jej trakcie lub potem, skazuje was, pomioty Upadłego, na śmierc!

- Powodzenia. – rzekł Ter’Ghyt dając gestem ramienia sygnał do ataku, lecz ułamek sekundy później w niego i w Choszecha uderzyły wiązki skupionej energii. Wij trafiony w głowę zawył żałośnie po czym rzucił się do walki.

Nachasz i Zochel minęli Vulausa obierając sobie na cel Acharona. Kronikarz natomiast wyzwalając swa furię popędził na dwóch pozostałych przeciwników i już miał przebić kosturem Ter’Ghyta, gdy na jego drodze pojawił się Choszech. Zmusiło to człowieka do zmiany kursu lotu, lecz nawet na chwilę nie zwolnił jego tempa. Odwrócił się w powietrzu i wystrzelił trzykroć z miotacza krystalicznego co spowodowało dorwaniem kilku kończyn Wija. Zdrajca w tym czasie wzbił się w górę na swych czarnych jak noc skrzydłach i korzystając z zamieszania chwycił Kronikarza za warkocz chcąc ściągnąć go w dół wprost na Choszecha. Wielkie było jego zdziwienie, gdy poczuł jak przez jego ciało przepływa napięcie niemal miliona wolt. Bicz energetyczny spisał się wyśmienicie. Vulaus Szybko wypuścił porażonego ptaka z uścisku po czym wykonał zamach i kilkakrotnie zdzielił pędzącego w jego kierunku Wija.

Acharon też raził sobie niezgorzej. Zochel próbował nabić Strażnika na swe ostrza, lecz skończył lądując na Nachaszu starającym obezwładnić oponenta swym ogonem. Raz po raz ładunki wielobarwnej energii przecinały przestrzeń trafiając w plugawe cielska bestii zostawiając po sobie wypalone rany. Jeden z takich ładunków uciął Nachaszowi jedno z jego sześci ramion tym samym wyłączając go z walki na krótki czas. Zochel w tym czasie kilkoma susami znalazł się przy Acharonie i sczepił się z nim w walce bezpośredniej dając czas Nachaszowi na powrót do akcji. Strażnik tylko na to czekał i gdy tylko wężowaty znalazł się dostatecznie blisko ten uwolnił jedno ze swych ramion i krótkim gestem wytworzył falę grawitacji, która cisnęła Nachasza w Obsydianowy tron. To wystarczyło Zochelowi, aby zatopił jedno ze swych ostrzy w boku przeciwnika. Acharon krzyknął z bólu, a z jego rany wydobyła się jakby zorza polarna. W ułamku sekundy chwycił on ramię oprawcy i zmiażdżył je potężną implozją w tkaninie rzeczywistości, a następnie cisnął krzyczące i szarpiące się monstrum w przepaść.

Vulaus raz za razem odpierał ataki swych oponentów, lecz w końcu stał się zbyt pewny zwycięstwa i Choszech chwycił go za nogi i z impetem cisnął o grunt. Pole fazowe tylko zaskrzypiało i padło odsłaniając kronikarza na większość ataków. Wij chciał już dobić przeciwnika przegryzając go, lecz Kronikarz chwycił go za miejsce, gdzie powinna znajdować się głowa i odpowiednio kierunkując grawitację oraz energię fazową rozerwał głowę Bestii na dwie części, które rozpłynęły się w nicość. Reszta ciała wija jeszcze przez chwilę rzucała się w pośmiertnych torsjach, a z miejsca, gdzie jeszcze nie dawno znajdowała się głowa teraz wydobywał się gęsty, czarny dym. Potem jednak również i ciało rozpłynęło się nie pozostawiając po sobie śladu. Ter’Ghyt spojrzał z przerażeniem na Vulausa trzymając się za ranę na brzuchu zadaną impulsem z Niebiańskiego Kostura. Rozpostarł skrzydła i rozpoczął ucieczkę, lecz Kronikarz ruszył za nim w górę, do pustki kosmosu.

Acharon oderwał Nachaszowi fragment ogona na co ten zareagował przeszywającym wyciem. Spróbował jeszcze raz uderzyć wykorzystując pełnię pozostałych sił, lecz został szybko i lekko skontrowany. Potężny cios w pierś rzucił nim o pobliską ścianę, lecz Strażnik nie ustępował, chwycił węża za kark obrócił się szybko i cisną go w tę samą ścianę jeszcze mocniej powodując, że odłamki odprysły we wszystkich kierunkach. Nachasz wyciągnął jedno ze swych ramion w geście kapitulacji, lecz Acharon jedynie go zań pochwycił, przyciągnął do siebie i schwyciwszy do oburącz za głowę zdezintegrował ją jednym impulsem wielobarwnej energii. Rozejrzał się, lecz wyczuł Zochela, jakimś cudem przeżył walkę.

Pościg za zdrajcą był niezwykle krótki. Vulaus szybko dopadł uciekiniera i chwycił go za nasady skrzydeł, aby następnie jednym szybkim ruchem je wyrwać. Ter’Ghyt wyprostował tylko prawe ramię jakby chciał chwycić nieboskłon, a następnie spadł w ciemnośc Dziesiątej Planety. Upadł głucho pośród zimnych skał tracąc większość organów wewnętrznych. Kronikarz szybko znalazł się przy nim i uniósł już kostur by zadąć ostateczny cios, lecz wtem Zdrajca przemówił:

- Mój pan… Powróci… Wkrótce… Wybije was… Wszystkich.

- Twój pan jest uwięziony w pustce, stamtąd nie ma powrotu. – Rzekł Kronikarz.

- Ależ jest… Sam mi go pokazałeś… Potrzeba tylko… Nosiciela… Znajdą go… - powiedział i próbował się zaśmiać, lecz nie miał już na to sił. Vulaus Wykonał szybki ruch przebijając ciało Zdrajcy ostrzem Kostura. Ter’Ghyt Zakończył swe istnienie w błękitnym płomieniu.

Kronikarz usłyszał coś za sobą, lecz jedyne co zdążył zrobić, to odwrócić się. Zochel wbił w jego klatkę piersiowa ostrze znajdujące się na ostałej ręce. Srebrzysto-złote skrzydła generatora pola fazowego jedynie szczęknęły, gdy nie pochodząca z tego wymiaru broń przezeń przechodziła. Skóra szybko puściła, żebra trzymały nieco dłużej. Serce ledwo uniknęło ciosu, za to prawe płuco zostało zmasakrowane. Ostrze otarło się o kręgosłup i wyszło z pleców rozrywając skórę i tylną część pancerza. Niebiański Kostur wyślizgnął mu się z rąk, a on sam zdołał jedynie złapać za broń przeciwnika. Błękitna, syntetyczna krew pociekła z rany, a jego dopadła błoga świadomość zbliżającego się końca. Nie! Nie może się poddać, walka się nie skończyła! Bestia zaśmiała się.

- Teraz ty zginiesz. – rzekł spokojnie Vulaus i zmusił się na uśmiech. Chwycił pewniej ostrze Zochela, po czym rozerwał je od środka, po czym upadł ciężko na ziemię.

Ostatnim co zobaczył, był Acaron rozdzierający monstrom na strzępy, a następnie pochylający się nad rannym.

Obudził się w Laboratorium Lid’Oga, jego klatka piersiowa płonęła żywym ogniem. Ciężko było mu złapać oddech.

- Spokojnie przyjacielu, już po wszystkim, lecz jeszcze nie odzyskałeś pełnej sprawności. – Usłyszał przyjazny głos Lid’Oga.

- Jak się tutaj znalazłem? – spytał słabym, łamiącym się głosem

- Acharon cię przyniósł, opowiedział o tym co się wydarzyło, Konklawe już wie.

- To dobrze… A co z nim? Jestem mu winien życie. – sił starczało mu ledwo na szept.

- Siedzi w Nieskończonej Bibliotece z Vedrtalem. Pewnie szukają odpowiedzi na to skąd te stworzenia się wzięły w naszym wymiarze.

- Przekaż pozostałym, że musimy odnaleźć artefakt… Oni wiedzą jak… Jak sprowadzić Upadłego… Musimy… - na tyle wystarczyło mu sił.

********************************************************************************************************

Przed wejściem do Wiecznej Rady stali Vulaus, Vedrtal, Otarus oraz Lid’Og.

- Nie rozumiem Czemy Ter’Ghyt zdradził. Przecież Tkacze Przeznaczenia od zawsze byli wierni Konklawe! – Burzył się Otarus.

- Nie znane są wszystkie ścieżki. – Odpowiedział spokojnie Vedrtal.

- Nie zmienia to faktu, że musimy odnaleźć Artefakt, Lid’Ogu, ty najlepiej znasz tutejszych ludzi, jeśli byłbyś w stanie to uczynić dla dobra Konklawe. – Rzekł Vulaus.

- Tak się stanie, lecz nie ręczę, iż się to uda. Mistrzu – zwrócił się do Vedrtala. – Czy Acharon odnalazł jakieś odpowiedzi?

- Niestety jeszcze nie. Chociaż sama jego obecność sprawia, że sprawy stają się łatwiejsze.

- Wybaczcie przyjaciele, ale muszę udać się na chwilę do środka, nie będziecie mi mieli tego za złe? – bardziej oznajmił niż spytał Vulaus przechodząc  już przez bramę, która zamknęła się zanim którykolwiek z zebranych zdołał odpowiedzieć.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.