FANDOM


Cały oddział solidarnie zmagał się z kacem w gospodzie, w której to tego kaca złapali. Żołnierze pałaszowali różne zupy, gulasze i mięsiwa. Krzesimir jako najmajętniejsza osoba w towarzystwie kupił pieczone jagnię, którym bez zbytnich oporów dzielił się z towarzyszami. Najgorzej wyglądała dwójka nowych. W ogóle nie wstawali od stołu, bez żadnej ochoty dziubali podstawione im jedzenie, porozumiewali się wyrazami jednosylabowymi i bliżej niezidentyfikowanymi dźwiękami, a obraz nędzy i rozpaczy dopełniał przymglony wzrok. Po około 30 minutach reszta oddziału zaczęła się powoli martwić o świeżaków. Z pomocą przyszedł Siemoradz, który w międzyczasie „odkupił” swoją latarkę od „znalazcy” wybijając mu kilka kłów. Z swojej torby wyciągnął manierkę z płynem, za który niejeden człowiek nerkę by sprzedał. Na skacowaną dwójkę nie podziałał argument, że ten płyn pomaga mierzyć się z kacem. Nie chcieli już przyjmować żadnych płynów od szturmowców. Chwile później Siemoradz, przy pomocy kilku towarzyszy, siłą wlewał  napój w gardła świeżaków, mówiąc: Nospokojniejużtodlawaszegodobra. Po kolejnych dwóch kwadransach dwójka odzyskała zdolność wymowy.

-Więcej z wami nie piję… - Zarzekała się Niemiła.

-Każdy tak mówi. – Wtrącił od niechcenia Zbyszek.

-Wody… wody… woooody.. – Jęczał Hodysław.

-Czy ja dobrze słyszę? „Wódy, wódy”? – Zaśmiał się Lech.

-Już weź go tak nie katuj. Masz młody, napij się. – Powiedział Otto, podając świeżakowi dzbanek wody.

Oddział wrócił do pałaszowania jadła, w końcu w pełnym składzie. Oczywiście nie licząc kapitana. Który właśnie pojawił się w drzwiach gospody.

-Baczność!

Żołnierze na dźwięk tego głosu i tego rozkazu natychmiast zapomnieli o wszystkim innym i natychmiastowo stanęli na baczność wywracając podłużne ławy, na których siedzieli. Bracław, który właśnie wypijał zupę prosto z miski od razu zerwał się na równe nogi oblewając sobie ta zupę spodnie i buty. Wykonywanie rozkazów Kapitana było najważniejsze.

Podczas gdy wszyscy starsi szturmowcy trwali w bezruchu, Niemiła lekko odchyliła się, by zobaczyć kto wydał im ten rozkaz.

-To ten wasz kapitan? – Szepnęła do stojącego po lewej żołnierza. W tej samej chwili dostrzegła, że troje stojących naprzeciwko niej szturmowców piorunuje ją wzrokiem. Wtedy dotarło do niej, że chyba nie ma żartów.

-Zbiórka na stacji „Wesoła” za piętnaście minut… – Powiedział Kapitan. Żołnierzy zaskoczył tak mały czas na przygotowanie się. Czyżby działo się coś naprawdę poważnego? - …od teraz. Spocznij, rozejść się!

Żołnierze natychmiast rzuciła się do wyjścia. Biorąc pod uwagę na ich stan i położenie 15 minut na zebranie sprzętu z koszar i przygotowanie się do misji mogło zwyczajnie nie starczyć. Siegfried poleciał do szpitala po swoje rzeczy i aby się wypisać, a Otto widząc nieporadność nowych członków oddziału zdecydował się pomóc im się ogarnąć. Tak oto po trzynastu minutach pełnych stresu 13. Uderzeniowy stał wśród innych oddziałów na umówionej stacji. Szykowało się coś grubego.

-Ale mi się lać chce. – Biadolił Bracław. – Ile mamy jeszcze czasu?

-Dwie minuty. – Odpowiedział Krzesimir.

-Dobra lecę.

Żołnierz oddalił się szukając najbliższego wychodka. Tunel był zbyt zatłoczony by się tak po prostu odlać na ścianę. Kiedy tylko zniknął w tłumie, z tegoż tłumu wyłonił się kapitan.

-Herr Kapitan! Oddział w pełnym składzie melduje się do służby! – Zameldował Sieg.

-Doskonale.

-Herr Kapitan, czy oddział może się dowiedzieć co jest przyczyną tej nagłej mobilizacji?

-Znaczna horda aborygenów przedarła się na tereny Rembertowa. – Żołnierzy ogarnął lekki niepokój. Aborygeni- gatunek, który wraz z Mongołami i mieszkańcami podziemi Warszawy toczył walkę o spuściznę po dorobku ludzi sprzed Zdarzenia. Wielkie, zazwyczaj ponad dwumetrowe, owłosione, humanoidalne bestie. Jak o Mongołach mówiło się, że są przebiegli, cherlawi i brutalni, tak aborygeni byli tępi, silni i brutalni. Technologicznie i mentalnie znajdowali się w głębokim średniowieczu. Jednakowoż ich siła fizyczna i smykałka do niewolenia i wykorzystywania dzikich Opętanych czyniła z nich poważne zagrożenie. Podobnie jak u Mongołów, ich pozycję na liście niebezpiecznych gatunków zawyżały umiejętność jako takiej organizacji i liczby w jakich występowali. Szykował się ciężki dzień.

-Pociąg przyjeżdża za trzy minuty, wszyscy którzy mają coś jeszcze do załatwienia niech zrobią to szyb…

Dalsze rozkazy Reinhardta zostały zagłuszone przez pisk hamulców pociągu wjeżdżającego na stację. Kiedy tylko zatrzymał się, z pierwszego wagonu wychynął oficer i zaczął krzyczeć przez prymitywny megafon.

-Bestie przedarły się przez planowaną linię obrony. Została stworzona nowa, ale jesteście na niej potrzebnie na teraz! Ruchy, do wagonów!

Żołnierze z wszelkiej maści oddziałów zaczęli wpychać się do wagonów w ślad za oficerami dowodzącymi. Od razu było widać, że wszystko zorganizowano naprędce. Oddziały musiały się gnieździć w wagonach towarowych. W niektórych z nich znajdowały się resztki ładunku. Ale cóż - służba nie drużba, trzeba wytrzymać te drobne niedogodności. Dla dobra ojczyzny. Czy jakoś tak.

Kiedy już wszyscy znajdujący się na stacji żołnierze znaleźli się w wagonach, pociąg ruszył, z początku ospale i powoli, z każdą chwilą nabierając prędkości. Chwilę później ostatni wagon zniknął w czeluściach tunelu kolejowego. Transport mijał po drodze kilka stacji, które żołnierze mogli poobserwować, dzięki dość niskiej prędkości z jaką poruszał się ich pociąg. Na każdej mijanej stacji panował olbrzymi ruch. Stan wyjątkowo było widać na pierwszy rzut oka. Dziesiątki drużyn oczekiwały na przydział i transport. Szykowała się spora kampania. W końcu po kilkunastu minutach kolejka zaczęła zwalniać. Dojechali. Żołnierze zaczęli wysypywać się z wagonów.

-13 Uderzeniowy? – Zapytał przechodzący obok oficer administracyjny.

-Tak. – Odpowiedział Reinhardt.

-Przydział do hali piętnastej, prawa flanka.

-Zrozumiałem. Oddział! Zbiórka!

Szturmowcy uformowali się w szeregu przed Kapitanem. Wszyscy poza Siegem, który stanął po prawicy Reinhardta.

-Kolejno odlicz!

Żołnierze wykonali rozkaz. Coś jednak nie grało.

-Powtórzyć!

Oddział zaczął jeszcze raz.

-Piętnaście!

-Szesnaście!

-Siedemnaście!

-Jak to kurwa siedemnaście?! Kogo brakuje?

Otto i Krzesimir wiedzieli kogo. Nagle im się przypomniało.

---

Bracław stał w bezruchu na opustoszałej stacji. Z jego gardła wydobywał się cichy dźwięk z pogranicza jęku i płaczu. Gdzie oni się podziali? Czyli jest maruderem? Co mam robić? Te i inne pytania kłębiły się w głowie biednego szturmowca kiedy na stację wchodziły nowe oddziały. Jakiś żołnierz podszedł do Bracława.

-Czołem towarzyszu! Wiesz może co się dzieje?

-K-k-kurrwaa. – Wyjęczał szturmowiec.

-Co ci się stało? – Zapytał z lekkim niepokojem nieznajomy.

-Oddział… oddział zgubiłem.

-Ooo kurwa. To trochę poważnie.

-Marek, i co się dowiedziałeś? – Zapytał podchodzący żołnierz. Wyglądał na dowódcę oddziału.

-A nic specjalnego. Ten tu biedaczyna zgubił swój oddział. – Odpowiedział z lekką troską w głosie żołnierz, który rozmawiał z Bracławem.

-No to słabo. Wiesz gdzie pojechali i co się tu właściwie dzieje?

-Nie mam pojęcia.

-Kapitanie! Kapitanie! – Wołał zbliżający się w pośpiechu żołnierz. Soldat, którego Bracław wziął za dowódcę odwrócił się.

-Ta, Przemek?

-Yhhyyyy… Już.. Yhyyy – Ciężko dyszał mężczyzna. – Już wiem co się, dzieje. Aborygeni się przedarli. Rozwalili jedną linię obrony. I kierują nas do nowej.

-Dobra. Słuchaj no… Jak się nazywasz? – Kapitan zwrócił się do szturmowca.

-Bracław.

-Być może twoi pojechali tam gdzie my trafimy. Chcesz się z nami zabrać?

-Mogę?

-Oczywiście. Twój wybór.

Bracław nawet się nie zastanawiał. Nigdy by sobie nie wybaczył tego, że stchórzył. Może i zgubił drużynę, ale jej nie zostawi.

-Jadę.

-No to tymczasowo witaj w 47 Praskim Liniowym. Tylko jak tu jesteś to wykonujesz moje rozkazy bez wachania.

-Tak jest!

W tym momencie na stację wjechał kolejny pociąg. Po raz kolejny oficer bardzo ogólnikowo streścił sytuację i kazał żołnierzom władować się do pociągu. I tym razem oddziały musiały mieścić się w wagonach towarowych. Żołnierze nawet nie zamykali wagonów do których już się zapakowali. Po pierwsze nijak nie niwelowało to hałasu, który i tak był dosyć mały, a po drugie wielgachne drzwi świetnie blokowały dostęp wszelkiemu światłu, którego żadne źródło nie znajdowało się w wagonie. Poza tym umożliwiało to dosyć swobodną komunikację między wagonami. I właśnie w ten sposób cały pociąg zaczął podśpiewywać starą gwardyjską piosenkę. Tak dla rozluźnienia atmosfery.

Jedzie Janek na Młociny – Chce się bić!

Młoda żona będzie w Wawie – Godnie żyć!

Opętani chcą nas ludzi – Wyrżnąć w pień!

Krew i pot na gruzach miasta – Leje się!

-

Polska armia płaci marnie – Każdy wie!

Coś tam z szabru coś się zgarnie – Nie jest źle!

Znowu atak był na Wiznę – Śmieci cień!

Sześciometrowy opętany – Zaczął dzień!

-

Słychać artylerii nad hełmami – Cichy świst!

Rozrywanych ludzi wrzaski – Bestii pisk!

Polski żołnierz ma charakter – Twardy gość!

Bez wytchnienia może walczyć – Cały rok!

W tym momencie pociąg przycichł. Ostatnia zwrotka została zaśpiewana tylko w niektórych wagonach i przytłumionym głosem.

Wraca Janek do Warszawy – Ludzki wrak!

Nie ma kasy, żony, sławy – Coś nie tak!

Pan minister Gwardię chwali – Tak ma być!

Choć na oczy nie widzieli – Chcą się bić!

Kilka chwil później pociąg dojechał na stację docelową. Kolejna dostawa gotowych zginąć za Ojczyznę żołnierzy opuściła wagony. Oddział, do którego przyłączył się Bracław, po otrzymaniu wytycznych, zajął swoje pozycje. Znajdowali się w wielkim tunelu mieszkalno-rynkowym przez niektórych nazywanych halami. 6 metrów wysokości, 24 szerokości. Akurat tą cześć zamieszkiwała biedota, którą wcześniej ewakuowano. Zabrali ze sobą cały majątek, który mogli unieść (co w większości przypadków oznaczało wszystko), zaś ich „domy”… posłużyły jako materiał do budowy reduty na której stanowiska zajmowali żołnierze. Lojalność wobec Polski oznaczała gotowość na spełnienie każdej potrzeby Ojczyzny. Bracława od lewej ściany tunelu dzieliło tylko dwóch żołnierzy. Zajął swoją pozycję na reducie. Chociaż reduta to chyba za dużo powiedziane. Trzymetrowa barykada na całej szerokości tunelu, upstrzona prymitywnymi blankami, mająca łagodne podejście od strony żołnierzy i niemalże pionową ścianę od strony przeciwnej. Od strony z której miał nadejść przeciwnik na podłodze było rozsypane sporo śmiecia, pośród którego oddziały saperskie poukrywały swoje pułapki. Bracław rozłożył się na brzuchu i czekał. Oczekiwanie było najgorsze. Ale zawsze mogło być gorzej. Mógł go na przykład ogarnąć zbytni strach lub zbytnia pewność siebie. Nie mógł na to pozwolić. Zbytnia pewność siebie zabijała równie skutecznie co paniczny lęk.

-Aleśmy zdążyli z czasem. – Zagadał żołnierz leżący po prawej.

-Hę?

-No patrz tam, właśnie przyszli. – Wskazał przed siebię.

Bracław skierował wzrok w ślad za ręką towarzysza. Około sto pięćdziesiąt metrów przed nimi hala przechodziła w dwa o wiele mniejsze tunele. I właśnie teraz z tych tuneli zaczęła wypływać horda opętanych. Setki bestii dzierżących włócznie, pałki, berdysze, kusze, miecze, tarcze, noże, halabardy, kryjące swoje ciała pod skórzanymi pancerzami. Spośród tej chmary wyróżniały się dwie rzeczy – jeden aborygen dosiadający jakiejś wilkopodobnej bestii (Zapewne wódz) i okuty stalową blachą wóz wypełniony mongolskimi najemnikami z karabinami samopowtarzalnymi. Nim ktokolwiek zdążył pomyśleć co z tym zrobić, horda zwykłych Opętanych zasłoniła te dwa cele. I zanim ktokolwiek zdążył pomyśleć coś innego tunel zalał ryk setek zmutowanych gardeł:

ŁAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Bestie ruszyły do ataku. Biegły sadzając wielgachne kroki. Stres u obrońców osiągnął poziom krytyczny,

-Czekać! – Krzyknął przez megafon oficer. Stał pośrodku szańca, na krawędzi barykady. – Czekać! Jeszcze! – Horda zbliżała się coraz bardziej. Głównymi wadami broni elektrycznej są jej szybkostrzelność i zasięg. Na razie żołnierze nie mogli nic zrobić bestiom. – Czeeeekać! – Napięcie sięgało zenitu. Nad głowami warszawiaków zaczęły świszczeć bełty i oszczepy. Bracłwa wypatrzył jednego aborygena który zamachiwał się by rzucić ładunkiem wybuchowym. Opętani byli już ledwo 30 metrów od obrońców, dorzuci. Oficer z megafonem też go dostrzegł. Wycelował ze swojego rewolweru i odstrzelił bestii łeb. – NAAPIERDALAAAAAAAAAAAAAAĆ!!!.

Tunel wypełniło oślepiające światło. Gdyby nie przyciemniane wizjery w maskach warszawiaków z pewnością by oślepli. Opętani nie mieli tego udogodnienia. Kilkadziesiąt bestii upadło, niektóre dosłownie sypały iskrami. Wiele zostało oślepionych, ale dla ich prostych mózgów nie był to wystarczający powód by się zatrzymać. Kolejna salwa tym razem mniej zgrana. Kolejne martwe bestie. Ale nie było czasu na kolejną salwę. Opętani byli już praktycznie przy obrońcach.

W tej bitwie wiele odpowiedzialności zrzucono na barki saperów, ale ci byli całkowicie jej godni. Nagle obszar tuż przed murami barykady wybuchnął ścianą ognia. Dziesiątki Opętanych stanęło w płomieniach. Bracłwa schylił się za blankami, chowając się przed falą żaru. Kiedy się podniósł zauważył coś niepokojącego. Dokładnie przed nim nie było ognia. Przez przypadek, czy to specjalnie, przed szturmowcem ziała wyrwa w ścianie ognia. A w tej wyrwie aborygen. Wielka bestia dzierżyła tarczę i miecz, a głowę przysłaniał kaptur z przymocowanymi rogami. Potwór skoczył na ścianę barykady i uniósł swoją broń. Bracław w pośpiechu podniósł swoją i wystrzelił w bestię. Opętany umarł w tej samej sekundzie, ale jego ciało runęło w kierunku szturmowca. Miecz aborygena trafił Bracława w bark z dużą siłą. Żołnierz zaklął i i tylko zacisnął mocniej szczękę. To nie pierwszyzna. Podniósł się, wycelował i strzelił. I znów. I znów. I znów. Bitwa już była wygrana. Bestie nie podchodziły już pod barykadę, tylko nieporadnie ciskały różnymi pociskami w obrońców. Na prawej flance odezwała się broń palna. Szabrownicy bądź gwardziści.

Po kilku strzałach Bracław musiał wymienić akumulator w broni. Właśnie wtedy żołnierz po jego prawej dostał bełtem kuszy w wizjer. Pocisk przebił czaszkę warszawiaka i pozbawił go życia. Natomiast żołnierz po lewej dostał oszczepem w klatę. Pocisk nie przebił pancerza, ale jego impet wywrócił obrońcę, który zaraz, klnąc ile wlezie, wrócił na stanowisko. Kiedy już Bracław przeładował i celował nad szańcem poniósł się rozkaz:

-Załamują się! Za nimi! Szarża!

W głowie Bracława coś przeskoczyło. Był szturmowcem. Do ataku! Szarża! Uraaaaa!

-URRAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Ryk dziesiątek gardeł, tym razem ludzkich, wypełnił tunel. Szturmowcy rzucili się na wroga. Role się właśnie odwróciły.

Bracław przesadził blanki i ruszył w pogoń za uciekającymi w popłochu bestiami. Pierwszą jaką napotkał po prostu zastrzelił. Drugiej wbił bagnet w plecy, w kręgosłup. Kolejna odwróciła się do niego gotowa do walki. Dlatego oberwała wiązką elektryczności. Szturmowiec właśnie przebiegał obok opancerzonego wozu Mongołów, gdy załogę skosiła długa seria z automatu. Minął ranną bestię zasadzając jej kopa w twarz. Kolejna pojawiła się jakby znikąd i zamachnęła się swoim miecze na żołnierza. Bracław zasłonił się przed cięciem z góry swoim karabinem. Kiedy miecz uszkodził karabin szturmowca, bestię poraził prąd. Bracław dodatkowo kopnął ją w krocze. I już biegł dalej po chwałę, po krew. „Uraaa!” porywało ludzi, uproszczało ich myśli.

Wtedy szturmowiec stanął twarzą w pysk z wodzem hordy. Starym aborygenem dosiadającym wilkopodobnego stwora. Bracłwa chciał go bezpardonowo zastrzelić. Ale nie mógł. Karabin się popsuł. Stwór rzucił się na gardło żołnierza, który zasłonił się swoją bronią nadając jej resztki użyteczności. Przewrócił się. Stwór przyparł go do ziemi, a jego jeździec próbował dźgnąć żołnierza włócznią w głowę. Przez chwilę bawiły go uniki Bracława, ale w końcu przyłożył broń do szyi szturmowca i już zamierzał pchnąć mocniej, gdy jego łeb rozerwała kula. Chwile później jego wierzchowiec podzielił jego los. Bracław wyczołgał się spod truchła i rozejrzał. Znajdował się w jednym z rozwidlonych tuneli na końcu hali. Byli tu tylko trzej żołnierze. Dwóch których nie znał i Reinhardt. Z tyłu dalej trwała bitwa.

-Ruszamy, naprzód! – Rozkazał Kapitan.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki