FANDOM


Ja tam się jeszcze troszkę z-asymiluje czytając wasze opowiadania/piętrowce, ale coby nie siedzieć po próżnicy zaczynam serię. Zobaczymy co z tego wyjdzie...

Zbigniew krytycznym wzrokiem otaksował swój posiłek. Białe, rozgotowane kawałki mięsiwa polane czymś co wyglądało i pachniało jak tłuszcz. Czysty tłuszcz! Żołnierz dźgnął jeden z kawałków i nie poczuł żadnego oporu. Ot mięso jakby rozpuściło się pod dotykiem widelca. Zbigniewowi zebrało się na mdłości. Widział w życiu wiele: zmasakrowane gnijące zwłoki, ludzi z świeżo urwanymi lub złamanymi kończynami i wyjątkowo paskudne bestie i wszystko to spokojnie znosił, ale zawsze gdy był zmuszony torturować swoje podniebienie robiło mu się niedobrze. Popatrzył na swoich towarzyszy niedoli i wywnioskował, że sam smak również jest paskudny. Nie chcąc ryzykować obrzygania nowych butów postanowił pogadać z kuchtą. Podszedł do lady i walnął w nią trzy razy. W odpowiedzi usłyszał jakieś -Zaraz, zaraz. - Zawiedziony brakiem profesjonalizmu miejscowej jadłodajni -"Nasz klient nasz pan, mówią, taki chuj" - jeszcze raz zlustrował kantynę. Jedyne co w niej było nietypowe to umiejscowienie stołów. Zwykle wystawione są w szerokim tunelu głównym, a tylko sama kuchnia jest umiejscowiona w innej sali. Tutaj sama jadalnia też znajdowała się w oddzielnej sali. Sama sala miała szerokość dwóch rzędów i głębokość trzech. Rzędy składały się ze szerokiego stołu i dwóch ławek po obu stronach. W sumie przy każdym stole mieściło się dwanaście osób. Sami klienci byli ustawieni bokiem do lady, a nią samą od pierwszych dwóch stołów oddzielały ledwie trzy metry. Tuz za ladą znajdowała się ściana, a w niej przejście do kuchni. Tak to właśnie wyglądało. W końcu do Zbigniewa podszedł wietnamczyk prowadzący tą knajpę. Żołnierz zaczął rozmowę z należytym, dla tak ważnej funkcji, szacunkiem.

-Co to kurwa jest? - Wskazał na swój talerz.

-To? Zdaje mi się, że jedzenie. - Odparł nie kryjąc wesołości wietnamczyk.

-No właśnie. Zdaje się. Ale to, kurwa, nie nadaje się na karmę dla zwierząt, a co dopiero dla, kurwa, ludzi! - Wykrzyczał zdenerwowany żołnierz prosto w twarz rozmówcy.

-Pańscy koledzy jakoś nie narzekają. - W tym momencie obydwaj przenieśli wzrok na resztę oddziału. Pozostali wojacy patrzyli na nich już od początku dialogu. Część ,mimo bodźców z żołądka, opróżniła talerze. Widząc to właściciel restauracji się uśmiechnął. Na ratunek Zbigniewowi przyszedł Miłosz. Podniósł swój pełny talerz i wywalił na podłogę. W ślad za nim poszła reszta oddziału. Teraz to Zbigniew się uśmiechał. Odwrócił się do rozmówcy.

-Ha!

-Nosz kurwa! Najpierw mi klientów wyganiają, potem żądają żarcia na koszt państwa i jeszcze są niezadowo-kurwa-leni i syfią całą podłogę. Co miałem wam, kurwa, wyciągnąć kiełbasy z wędzarni i dać 0,5l Sobieskiego na łeb?

-Już się kurwa nie denerwuj. Pójdziemy gdzie indziej, tylko daj mi kubek kawy na nerwy. - Wietnamczyk patrzył na niego z nieskrywaną złością, ale przytaknął i wyjął spod lady kubek, czajnik i torebkę z kawą. - Ale z cukrem!

Właściciel zaklął. Liczył, że pozbędzie się ich bez zbędnych kosztów, a tu taki smakosz się znalazł.

-Ehhh kur... Ilę?

-Kilogram. - Wietnamczyk przerwał mieszanie kawy i spojrzał na żołnierza wzrokiem pełnym szoku z powodu arogancji rozmówcy."Czy ten żołnierzyk zdaje sobie kurwa sprawę ile ten pierdolony cukier kosztuje?".

-Haha, żartowałem. - Teraz to spojrzenie pełne było wrogości i pogardy.

-Taki chuj, nic nie dostaniesz.

-Ej no kur..... - Zbigniew autentycznie się obruszył, zaczął gestykulować, a w jego oczach widać było "Ale jak to? Nie będzie kawy?". Wietnamczyk nie mógł dłużej wytrzymać. Zaczął śmiać się na głos, zginając się w pół.

-I kto lepiej żartuje? Hę? - Powiedział wietnamiec. Twarz Zbigniewa przybrała über poważny wyraz. Skupił całą swoją świadomość na tej małej, skrzywionej w grymasie śmiechu, twarzy.

-Ta zniewaga... krwi wymaga. Nikt nie będzie drwił ze mnie i mojego zamiłowania do kawy. - Trzeba bowiem wiedzieć, że Zbigniew lubił kawę. Nawet bardzo. Nawet za dużo. On był uzależniony od kawy.

-Nie pozwolę by tak drwiono ze mnie jako żołnierza. Po twoim trupie, wyżremy se twoją spiżarkę jako rekompensatę.

Jak na sygnał wszyscy szturmowcy unieśli się, podbiegli do lady i wycelowali w właściciela lokalu. Wietnamczyk fizycznie odczuwał te kilkanaście, a dokładnie osiemnaście, wycelowanych w niego luf wszelakiej broni, w tym miotacza ognia.

-T-t-to m-może jakiś ob-biadzik n-na koszt f-fi-firmy? M-m-może pie-pie-pierożki?

Żołnierze słysząc to ostatnie słowo momentalnie opuścili broń.

-Dobry wybór proszę pana. Mamy nadzieję, że zrealizuje pan zamówienie w rozsądnej ramie czasowej. - Przemówił spokojnie i zwięźle Otto.

-C-co? Ach tak! Już, już pędzę! - Wietnamczyk zniknął w wejściu do kuchni. Żołnierze ze śmiechem na ustach rozsiedli się na miejscach najbliżej lady.

-Zajebista robota Zbyszek! Zastanawiam się dlaczego nie zostałeś aktorem. Ale tak poważnie.

-Za nudna taka robota. Kiedyś próbowałem. Takie tam kolesiostwo panuje, że ja pierdole. Poza tym pełno tam sodomitów.

-Jak to pisał Perun: "Pewne rzeczy się kurwa nigdy nie zmienią". - Powiedział Lech, prawnik drużyny.

-Dokładnie. Ale urządzimy drugie losowanie? Bo chyba wyrobiłem normę.

-I to z nawiązką. - Powiedział Krzesimir, któremu, za sprawą zapachów wydobywających się z kuchni, ciekła ślina. - No to kto chętny na przodownika pracy? - Powiedział wyciągając pudełeczko ze skrętami. Syn i szwagier Krzesimira prowadzili plantację tytoniu i sam Krzesio prowadził lwią część handlu tytoniem wśród wojaków. Ponadto nosił ze sobą specjalne pudełeczka z dziesięcioma papierosami, które "rozdawał": każdy kto skusił się na darmowego peta brał udział w losowaniu. Jeden skręt wypełniony był piachem, a ten kto go wylosował zostawał "przodownikiem pracy"- musiał podejmować inicjatywę w imieniu oddziału, mówić w ich imieniu i ogólnie udzielać się. A i jeszcze nosić w plecaku składane krzesło Kapitana.

-A chuj, aż taki pechowy być nie mogę. - Powiedział Zbigniew wyciągając skręta z papierośnicy. Kiedy już reszta petów się rozeszła, Krzesimir przystawił zapalniczkę właśnie Zbigniewowi. Papieros jakoś nie chciał się zapalić i coś się z niego wysypywało.

-Kurwa.

Salę wypełnił śmiech siedemnastu gardeł. Żołnierze tarzali się ze śmiechu. Ponad wszystko przebijało się basowe Heh heh Imisława. A pośrodku tego wszystkiego tkwił biedny Zbyszek. Nagle wszystko umilkło. Do sali wszedł Herr Kapitan- Reinhardt. Zmierzył wzrokiem swoich żołnierzy, a był to wzrok pod którym załamywali się najwięksi kozacy i najwyżej postawieni wodzowie. Obraz dopełniało światło odbijające się w jego pięciu srebrnych, sztucznych kłach i podkreślające bliznę biegnącą od prawej skroni do żuchwy. Powiało grozą.

Żołnierze w ułamku sekundy stali na baczność. Przed szereg wyszedł Zbigniew.

-13 Uderzeniowy melduje gotowość na rozkazy Herr Kapitan. Stan osobowy osiemnaście osób. Starszy szeregowy Bracław nieobecny. - Odmeldował.

-Kompania! Przygotować się do wymarszu.

Po twarzach żołnierzy przeszedł grymas szoku i niedowierzania. A pierogi?

-A... - Zająkał się Zbigniew. Kapitan zmierzył go wzrokiem. Nagle Zbyszek poczuł jaki popełnił błąd. Postanowił zaryzykować i odwrócił głowę w kierunku Otta i Imisława. Ci, widząc tą zwierzęcą panikę w oczach Zbigniewa, postanowili interweniować.

-Herr Kapitan - Zaczął Otto. - pokornie informuję, że żołnierze nie zjedli żadnego posiłku.

-W imieniu towarzyszy prosimy o możliwość spożycia strawy Herr Kapitan. - Dokończył Imisław. Reinhardt popatrzył na Otta wzrokiem, który ten szybko zrozumiał: "Mieliście. Tyle. Czasu.". Teraz mogli się tylko modlić.

-Zbiórka za dwadzieścia minut. - Orzekł Kapitan. Po czym odwrócił się by udać, że nie widzi wybuchu radości w szeregu jego żołnierzy. Miłosz natychmiast zerwał się do biegu, przeskoczył ladę, otworzył drzwi do kuchni i wykrzyczał:

-Szybciej bo ci łeb odstrzelę!

Reinhardt patrzył na to z ukrywanym politowaniem. Trzech żołnierzy wybiegło z kantyny- Zbigniew po krzesło Kapitana, a Lech i Wojciech po koce. Nie żeby soldatom było zimno, zwłaszcza o tej porze roku. Po prostu nie lubili robić "pewnych rzeczy" na ziemi. Do Reinhardta podszedł Siegfried- jego lewa ręka.

-Herr Kapitan, jeśli można wiedzieć, pracujemy charytatywnie (tak wojacy nazywali zlecenia od Państwa), czy prywatnie?

-Prywatne zlecenie. Ucieszycie się z wynagrodzenia.

-Dziękuję.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki